Po "Pięknym Wschodzie" i "Maratonie Podróżnika" przyszła pora na kolejną "wycieczkę"
w tym sezonie. Razem z Krzyśkiem w piątek po południu docieram do bazy
maratonu w Świękitach. Baza mieści się na posesji Roberta Janika.
Po przygotowaniu naszych rumaków i rozbiciu namiotów integrujemy się
przy ognisku i ...
z innymi uczestnikami maratonu. Jeszcze tylko odprawa techniczna i
spać. W sobotę od wczesnych godzin porannych słoneczko mocno przypieka i
zapowiada się powtórka z ostatniego maratonu. Krzysiek startuje o g.
9:00 a ja w następnej grupie pięć minut później. Już pierwsze kilometry
pokazały, że oprócz walki z dystansem będzie walka z upałem. Kilkanaście kilometrów po starcie na jednym z podjazdów odskoczyłem troszkę do przodu i wtedy jeden z ze
startujących w mojej grupie zaliczył dzwona na niewinnym zakręcie i
musiał pożegnać się z dalsza jazdą (trochę szlifów i rozwalona manetka). Wtedy dogoniła mnie grupa z Wilkiem i Kotem. Podłączyłem się do niej i w dobrym tempie dojechałem z nimi prawie do Reszla. Na pierwszym PK w Reszlu (88 km) spotykam Krzyśka i dalszą trasę tak
jak to było zaplanowane pokonujemy razem. W międzyczasie tworzy się
kilkuosobowa grupka z którą pokonujemy kolejne kilometry (Święta Lipka,
Kętrzyn). Kolejny PK 2 znajduje się pomiędzy Sztynortem a Harszem (137
km). Większość uczestników korzysta z bliskości jeziora i chociaż na
chwilę daje nura do wody. Po uzupełnieniu bidonów i chwili odpoczynku
ruszamy w dalsza trasę. Przez Pozezdrze, Kruklanki, Banie Mazurskie
docieramy do Gołdapi na PK 3 (203 km). Hitem są arbuzy.
Po podbiciu książeczek powoli żegnamy się z mazurskimi pejzażami a
czeka na nas Suwalszczyzna. Ocierając się o Puszczę Romnicką i
przejeżdżając o kilometr od sławnych wiaduktów w Stańczykach pędzimy w
kierunku Trójsytku Granic (Polska, Rosja, Litwa) wypasioną trasą.
Nawierzchnia extra widoki jeszcze lepsze więc czego chcieć więcej. Po
pokonaniu kilku podjazdów i pięknego zjazdu docieramy do PK 4 w Rutce
Tartak (258 km). Tam "wciągamy" coś na ciepło i w drogę. Dzień powoli
się kończy a my turlamy się dalej. W Sejnach na PK 5 (294 km) kawka,
herbatka i w drogę. Dziwią mnie relacje innych uczestników maratonu, że nie mogli go znaleźć. Przed Gibami wskakujemy na "międzystanówkę" i
pędzimy w kierunku Augustowa. Przed Augustowem spotykamy Roberta1973, który pokonuję trasę naszego maratonu o tak dla zabawy. W Augustowie na PK 6 czeka na nas obiad.
Po smacznym i obfitym posiłku nie bardzo jest ochota wsiadać na rower i
zmagać się z kolejnymi kilometrami. Nie było rady. Właśnie gdzieś w
tamtych okolicach uformowała się nasza piątka z którą już do końca
jechała razem. Przez Olecko dotarliśmy do Wydmin
na PK 7 (421 km). Po przyjęciu pomidorowej i kolejnej kawy ruszamy w dalszą drogę. Przez Giżycko, Wilkasy i Woźnice docieramy do Rynu. Przed Rynem
mieliśmy chyba najbardziej dziurawy asfalt na całej trasie. Kolejny pit
stop na PK 8 w Mrągowie (500 km), chyba najgorszy na całej trasie. Nie dosyć, że nieźle "schowany" to jeszcze z brakiem wody. Ostatnie sto kilometrów to walka z
podjazdami a zwłaszcza z dziurami w jezdni. Ostatni PK 9 (552 km)
znajdował się nad J. Luterskim (Kikity). Chwila ochłody w jeziorze i w
drogę bo meta już niedaleko. Jeszcze tylko kilka bardzo dziurawych
podjazdów, serpentyna przypominająca te z Bieszczad i koniec.
Impreza bardzo udana ale co się dziwić w końcu Janik nie robi tego pierwszy raz. Obyło się bez żadnych awarii i kontuzji. Od upału i górek bardziej zmęczyła mnie walka z kiepską jakością dróg
pod koniec maratonu. Na mecie uroczyste wręczenie medali wszystkim
uczestnikom maratonu a po dotarciu do bazy dalsza integracja przy
pieczonym prosiaku.