Rano powrót z pracy trochę odpoczynku i znowu do roboty. Mój współpracownik wpadł na genialny pomysł i rano zadzwonił z wiadomością ze bierze wolne "kacowe". Więc razem z kolegą odstukaliśmy jego dyżur.
Minęło dziesięć dni od mojego wypadku i miałem już serdecznie dosyć rowerka stacjonarnego. Wstałem wcześnie i postanowiłem przejechać parę kilometrów. Okazja ku temu była bardzo dobra ponieważ moja mama po raz kolejny uczestniczyła w Pieszej Pielgrzymce na Jasną Górę a ja miałem w zwyczaju odwiedzać ją na trasie. Jechało się bardzo przyjemnie tylko na dołkach czułem jeszcze obolałe mięśnie. Lewa ręka jest już prawie całkiem sprawna natomiast w prawej brakuje mocy i prawie cały czas wiozłem ją na lemondce. Po spotkaniu się z mamą zawinąłem się w drogę powrotną. Po tak długiej przerwie jazda na rowerze "smakuje" jeszcze lepiej i nic nie jest w stanie tego zastąpić.
Kolejna wizyta u chłopaków z rehabilitacji i kolejne śmigania na rowerku rehabilitacyjnym. Koledzy z pracy widząc w jakim kiepskim humorze siedzę w pracy postanowili mnie trochę rozweselić i fundneli mi szoskę ;)