Rano deszcz na szczęście przestał padać i śmignąłem do Lublina. Tam razem z przyjaciółmi przebiegłem "Pierwszą Dychę do Maratonu" pod koniec biegu deszcz rozpadał się na dobre i musiałem do domu wrócić innym transportem. Wieczorem pogoda się poprawiła i dla rozruszania mięśni strzeliłem kółeczko po okolicy.
Drugi dzień mamrotania to przejazd do Jeruzala. Niestety przytrafiła mi się mała kontuzja (żołądka) i po kilkudziesięciu kilometrach byłem zmuszony do skorzystania z innego środka lokomocji.
Mamrotanie czyli wrześniowy wyjazd Rowerowego Lublina do Jeruzala czyli filmowych Wilkowyj. W tym roku była to już trzecia edycja. Już od samego początku pogoda nie nastrajała do optymizmu, po prostu lało i było zimno. Jednak dla zgranej ekipy nie było to wielką przeszkodą. Naszych humorów nie popsuły nawet cztery kapcie na pierwszych kilku kilometrach. Zmoknięci ale szczęśliwi dotarliśmy do Stoczka Łukowskiego, tam mieliśmy zaklepane miejsce w domkach (które pamiętają Gierka) w ośrodku "Izydory". Po szybkim wskoczeniu w suche ciuszki udaliśmy się na obiadek. Właścicielka ośrodka serwuje bardzo smaczne posiłki w bardzo niskich cenach. Dodam, że piwo jest w takiej cenie ze nie opłaca się chodzić do sklepu. Po obfitym i bardzo smacznym posiłku przyszła pora na ognisko. Mieliśmy dwóch solenizantów więc biesiada przy ognisku przeciągnęła się chyba do trzeciej nad ranem.